Maciej Rybinski
Katalog komunistow polskich
Dwadzieścia lat po obaleniu
komunizmu podjęto próbę osądzenia komunistów. Nie wszystkich, tylko
kierowniczych i odpowiedzialnych za stan wojenny. Raptem pięciu.
W samej Wojskowej Radzie Ocalenia
Narodowego, organie,który wywołał i nadzorował stan wojenny, było, zdaje się,
12 członków. Jak 12 apostołów.Był w niej nawet generał Hermaszewski, który jako
figurant i girlanda, mógłby – gdyby go też postawiono przed sądem –
opowiedzieć, jak to było naprawdę.
Tymczasem Hermaszewskim nikt się
nie interesuje, ani sąd,ani nawet dziennikarze. Całkowite lekceważenie. A
niesłusznie.
Dostatek Wallenrodów
Wedle mego skromnego zdania
kłopot z dekomunizacją, odpowiedzialnością za stan wojenny i w ogóle za
komunizm w Polsce wynika z braku określenia przedmiotu potępienia i oskarżenia.
Nie wiadomo właściwie, kto był w PRL komunistą, a kto nie był, nie istnieje nic
takiego jak socjologia aktywu komunistycznego. Nikt się tym nigdy nie zajmował,
a szkoda, bo chociażby z licznych uchwał KC PZPR o konieczności zwiększenia
liczby robotników w partii i jej władzach wynika przypuszczenie, że komunizm w
Polsce był dziełem i sprawą inteligentów, półinteligentów i ćwierćinteligentów.
Komuniści w Polsce aż się proszą
o jakąś systematykę, ale nikt się do tego nie kwapi. Szczyciliśmy się zawsze,
że jesteśmy narodem, który nie wydał Quislinga, przemilczając fakt, że nikt go
u nas nie szukał, bo gdyby szukał, to by znalazł. Potem poprawialiśmy sobie samopoczucie
twierdzeniem, żeśmy narodem bez komunistów, krajem,w którym 90 procent członków
partii chrzci dzieci i chodzi do kościoła, wykręca się od zebrań partyjnych i
nie płaci składek, a ubezwłasnowalnianiem społeczeństwa zajmuje się nieliczna
garstka kolaborantów, z których po 1989 roku większość ogłosiła się Konradami
Wallenrodami.
Religia komunizmu
Bardzo to piękny obraz, bardzo
idealistyczny, niestety, zupełnie nieprawdziwy. Polską normą nie była odmowa,
tylko kolaboracja. Błąd w optyce, błąd w ocenie narodu, który koniecznie musi
być łechtany w dumę, polega na tym, że traktujemy komunizm nie jak sposób
sprawowania władzy, lecz jak wyznanie wiary, rodzaj religii i tylko tych gotowi
jesteśmy mu przypisać, którzy służyli ideowo, z przekonaniem, bez mrugania na
boki i usprawiedliwiającego rozkładania rąk.
Tymczasem komunizm budowali w
Polsce antykomuniści – pewnie był to jeden z powodów, dla których był taki
lichy. Stan wojenny wprowadzali jego przeciwnicy, wbrew sobie, o czym można
poczytać w ich pamiętnikach.
Antykomuniści – we własnym (i
otoczenia) przekonaniu – byli żarliwszymi twórcami komunizmu, niż mogli się
nimi stać komuniści ideowi. Jest to rezultat fenomenu psychologicznego – ludzie
bezideowi, raz przełamawszy w sobie wewnętrzne opory, nie odczuwają już żadnych
innych wątpliwości poza tą jedną: czy dobrze zrobili, idąc na współpracę. Jej
zakres jest już doprawdy obojętny.
Kategorie budowniczych
PRL
Różne były kategorie budowniczych
Polski Ludowej i – wyręczając uczonych – przedstawię kilka z tych, z którymi
zetknąłem się osobiście.
IDEOWCY – prawdziwi
marksiści-engelsiści, ale już wątpliwi leniniści. Teoretycy prawdziwego
komunizmu, dostrzegający sprzeczność między teorią i praktyką. Prześladowani na
wszystkich etapach za rewizjonizm, ukrywający się gdzieś w chaszczach jakichś
wydawnictw i instytutów, cierpiący za wiarę jak pierwsi chrześcijanie,
podtrzymywani przez obłędne przekonanie, że jeśli tylko zdobyliby władzę,
mogliby stworzyć raj na ziemi.
WYSTRASZENI – najosobliwsza
grupa. Ludzie, którzy przeszli przez sowieckie łagry i więzienia, którym
złamano tam kręgosłup, którzy z Syberii zamiast nienawiści i pogardy wynieśli
przeświadczenie o takiej potędze i bezwzględności Sowietów, że uciec od niej
można tylko w pokorę i poddaństwo. Obdarzeni talentem zarażania innych
syndromem samounicestwienia jako obrony przed przemocą.
RUSOFILE – upojeni wielkością
Związku Sowieckiego (wielkie jest piękne), faktem, że gdy w Leningradzie słońce
wschodzi,to we Władywostoku zachodzi. Rusofile wyznawali prawo silniejszego,
uznając za całkowicie moralne, gdy silniejszy dławi słabszego. Nie mówili na
ogół o proletariacie i leninizmie, tylko o Rosji, a podporządkowanie Polski
państwu carów, obojętne, w jakim kolorze, uznawali za najszczęśliwsze
wydarzenie w 1000-letnich dziejach państwa polskiego. Potrafili udowadniać, i
potrafią to robić do dziś, że przez ostatnie 1000 lat nie Polska była ważna w
Europie, tylko Rosja, nawet wówczas, gdy jej nie było, a księstwo moskiewskie
było mniejsze od województwa smoleńskiego.
GRACZE – należą wedle sławnego
polskiego socjologa Floriana Znanieckiego do kategorii ludzi zabawy, którzy
nigdy nie wyrastają z kręgów rówieśniczych, lecz pozostają na zawsze dziećmi
ogarniętymi potrzebą gry. Z tej kategorii wywodzą się politycy we wszystkich
systemach i ustrojach. W PRL, aby uczestniczyć w grze, trzeba było być
komunistą, trzeba było przyjąć ten szyld. Żywiołem graczy były (i są) intrygi,
wykańczanie innych, rozgrywki grupowe i personalne. Ideologia ich nie
interesowała, chyba tylko jako narzędzie. To oni byli drożdżami systemu, bez
nich wszystko by zastygło w biurokratycznym skostnieniu. Grali między sobą i
grali na układy na Kremlu jak na numerki.
KRYPTOENDECY – uznali fakt, że
znów istnieje polskie koło w Dumie, choćby bolszewicki,za otwarcie drogi do
oczyszczenia narodowego organizmu z przymieszki obcej krwi. Weszli triumfalnie
na scenę w marcu 1968 i nigdy już z niej nie zeszli.
APARATCZYCY – zawodowi komuniści,
ludzie wychowani i ukształtowani przez aparat. Można i dzisiaj znaleźć liczne
życiorysy posłów SLD, którzy nie przepracowali w życiu ani jednego dnia. Tylko
działali. ZSMP, SZSP, ZMW, KMW i jak to się wszystko nazywało. Potem parę
wydziałów komitetu wojewódzkiego i do centrali. Ich matecznikiem i żywiołem
były narady, posiedzenia, plena i prezydia. Mieli na ogół zdrowy, to znaczy
bardzo cyniczny stosunek do rzeczywistości, znając na wylot wszystkie słabości
systemu potrafili je wykorzystać dla własnych korzyści. Cała reszta nic ich nie
obchodziła. Gardzili swoimi szefami i byli absolutnie nielojalni wobec
wszystkich i wszystkiego, oprócz interesu grupowego. Dziś sól SLD.
NIEUDACZNICY – mało uzdolnieni,
cierpiący na brak uznania przedstawiciele zawodów twórczych. Źli poeci, kiepscy
pisarze, autorzy kiczów malarskich, nieudolni reżyserzy filmowi i teatralni,
sepleniący aktorzy, protezujący niedostatki talentu gorliwością partyjną. Grupa,
która dziś najbardziej tęskni do starych, dobrych czasów.
FRAJERZY – ludzie, którzy wbrew
doświadczeniom uważali, że dałoby się coś zrobić,gdyby rozsądni i przyzwoici
wdepnęli w struktury władzy i próbowali je regulować i naprawiać.
MONOLITY – osoby, które posiadły
jedną tylko umiejętność, z niej tylko potrafią wyżyć i skonstatowawszy, że
monopol na jej używanie ma władza, godzą się na współpracę z lęku, iż nic
innego nie potrafią.
ŻYWICIELE – oczywiście rodziny, i
to jedyni. Rozkładali ręce i powiadali: „No taa, w zasadzie to wszystko prawda,
reżim jest parszywy, ale ja mam żonę i dziecko na utrzymaniu”. Niektórzy mieli
dodatkowo psa.
GEOPOLITYCY – wielcy patrioci,
kochający tę nieszczęsną Polskę miłością pierwszą, łkający po kątach nad jej
losem, ale uważający za swój pierwszy obowiązek ochronę za wszelką cenę
substancji narodowej, fizycznego bytu Polaków zagrożonego z powodu niedogodnego
położenia geopolitycznego. Uważali, że każda próba wybicia się Polaków na
częściową choćby suwerenność, a nawet reformy wewnętrzne skończyłaby się morzem
krwi i rozbiorem.
Gdy już utoniemy w
szczegółach
Nie sądzę, żebym wyczerpał
katalog komunistów polskich.Dobrze by było, gdyby uzupełnili go i poprawili
specjaliści od psychologii społecznej. Dyskutanci powinni wziąć pod uwagę,że
sekretarzem wojewódzkim mógł być i frajer, i geopolityk, i jedyny żywiciel
rodziny.
Wtedy utoniemy w szczegółach i
dyskusja toczyć się będzie przez następnych 50 lat, aż wymrą ostatni świadkowie
i nikt już nie będzie wiedział, o co chodzi. A o to właśnie chodzi.
Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”